Lunch na truskawkowych polach

Nowy Jork jest już za nią, przed nią – dyplom w ASP i masa twórczych planów.

Natalia Bażowska, triumfatorka dziesiątej edycji konkursu Artystyczna Podróż Hestii, usiłowała z bliska poznać amerykańską metropolię i rozgryźć jej specyfikę...

Inteligencka nostalgia filmów Allena, wyzwolony hedonizm „Seksu w wielkim mieście” czy kryzysowe demonstracje na Wall Street – jaka jest prawdziwa, widziana z bliska, twarz dzisiejszego Manhattanu? Co o niej decyduje?

Mówią, że trzeba mieszkać w Nowym Jorku przez siedem lat, żeby powiedzieć o sobie „Newyorker”. Trzy tygodnie to stanowczo za krótko na definicję Manhattanu. Na mnie miasto to wywarło wrażenie bardzo pozytywne, ale nie da się go zaszufladkować. Ono żyje swoim życiem, zmienia wygląd i poglądy, ma bardzo wiele twarzy, a każda z nich jest prawdziwa. Każda część NY jest inna, ma swoją definicję. Właściwie jest to kilka miast w jednym...

Soho, Bronx, Greenwich, a może Coney Island? W którym miejscu spędziłabyś wolne popołudnie, gdyby Twój pobyt w Nowy Jorku trwał jeszcze o jeden dzień dłużej?

Wybrałabym Central Park i Strawberry Fields. To idealne miejsce na spędzenie leniwego, rozkosznego popołudnia. Nigdzie lunch nie smakuje tak dobrze, jak tam. I nigdzie nie zyskuje się takiej przejrzystości umysłu w tak krótkim czasie.

„Up” czy „down”? Które rejony centrum Nowego Jorku najbardziej Cię pociągają?

„Uptown chic” i „downtown cool” to trudny wybór. Trochę jak wybierać pomiędzy gorzką a mleczną czekoladą. Wybór właściwie zależy od nastroju. Świetnie, że jest jedno i drugie.

10 lat później... Jakie wrażenie zrobiło na Tobie „ground zero”, czyli miejsce po dawnych wieżach WTC, zniszczonych w zamachu terrorystycznym przed dziesięcioma laty?

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że „ground zero” jest taką samą częścią NY jak inne. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Jest dużą, nie zasklepioną jeszcze raną. Dziś to wielki plac budowy i niesamowity park. Nadal nie brakuje w nim aktywistów, flag i tablic upamiętniających tamto wydarzenie.

Jak ludzie na ulicy reagują na polską Paradę Pułaskiego, której tradycyjny przemarsz Piątą Aleją miałaś okazję obserwować?

Nowojorczycy często mają radykalnie skrajne poglądy. Parady albo uwielbiają – super, jest zabawa – albo nienawidzą – znowu zamknięte ulice i utrudniony przejazd... Uczestniczyłam w kilku tego typu wydarzeniach, o różnej skali, i odniosłam wrażenie, że nie ma znaczenia temat tylko wydarzenie samo w sobie. Jeśli już ktoś bierze udział w paradzie, to całym sercem. Inni nie idą wcale. Dlatego atmosfera jest bardzo udana.

Wiele osób wracających z Nowego Jorku mówi o tyglu kulturowym, bogactwie inspiracji, jakie to miasto gwarantuje każdemu turyście z otwartą głową. Co ta podróż dała Tobie? Czy coś zmieniła w Twoim myśleniu o świecie, o sztuce?

Od mojego powrotu do kraju minęło już trochę czasu, a nadal przychodzą mi do głowy refleksje związane z wyjazdem. Nigdzie jeszcze nie zetknęłam się z taką otwartością i bezpośrednim podejściem do wielu spraw. Nowy Jork ma coś, co można lakonicznie nazwać „pozytywną energią”. Otwiera umysł.

Czy wyobrażasz sobie życie na dłużej w tym mieście, wrośnięcie w nie?

Tak. Od pierwszego dnia czułam się tam bardzo swojsko. Zupełnie jakbym znała miasto od wielu, wielu lat.

Jakie według Ciebie tematy czy propozycje młodych artystów z Europy mogłyby się przebić, zrobić karierę w Nowym Jorku?

Różnorodność galerii i gustów odbiorców jest tam ogromna. Myślę że każdy – nieomalże –mógłby znaleźć tam miejsce dla siebie.

Co dzieje się w Twoim artystycznym życiu w Polsce, już po powrocie ze Stanów?

Kilka moich obrazów obecnie jest prezentowana jako część instalacji Jacquesa Lizene w BWA w Katowicach. Pracuję też nad dużą instalacją pod tytułem „Rodzisko”, która będzie prezentowana w CSW Kronika w Bytomiu. W grudniu najprawdopodobniej wezmę udział w wystawie zbiorowej we Wrocławiu. A przede wszystkim pracuję nad dyplomem. Dzięki tej podróży wyklarował mi się pomysł, którego długo nie mogłam dookreślić. Może pomogły Strawberry Fields?